niedziela, 11 listopada 2012

And that's where the beginning of the end begun

Wczoraj od samego rana do 20 siedziałam w domu kultury, na warsztatach teatralnych mojej siostry. Obserwując próby trzech różnych spektakli, uświadomiłam sobie pewną rzecz - strasznie irytują mnie niepowodzenia ludzi. Wręcz gotuje się we mnie w momencie, gdy widzę, że ktoś nieudolnie próbuje coś zrobić i ewidentnie mu to nie wychodzi, a ja doskonale wiem, że dałabym radę to zrobić, ale nie mogę. Zwyczajnie nie mogę się wtrącić. Widząc,  że ktoś się w ogóle nie stara, a (w tym wypadku scena) jest istotna, ma jakieś głębsze przesłanie, po prostu nie mogę wytrzymać! Mam ochotę zepchnąć tę osobę ze sceny i pokazać, że potrafię i że można to zrobić lepiej. Nie wiem o czym to świadczy, w każdym razie nie wynika to z mojej zarozumiałości, czy też jakiegoś samouwielbienia, wręcz przeciwnie. Należę do grona osób, które mają niezwykle niską samoocenę i raczej nieczęsto wywyższam się ponad inne osoby. Chyba jestem perfekcjonistką.




Chciałam również wspomnieć o tym, że sztuki teatralne ostatnimi czasy do mnie przemawiają bardziej niż zwykle. Większość z nich jest doskonale napisana; niby przystępnie, prostym językiem. Wiele z nich porusza   kwestie tematy życia codziennego, możemy zobaczyć siebie w mnóstwie scen, w których bierzemy udział bezpośrednio i często nie wiemy jak to wygląda z daleka, a w tym momencie można zaobserwować to wszystko, a przy okazji postawić się na miejscu kogoś innego. Kogoś kogo np. zraniliśmy naszym zachowaniem. W tym momencie mamy możliwość przeanalizowania tego i zastanowienia się nad naszym postępowaniem. Właśnie to chyba nazywano "katharsis", te oczyszczenie miało świadczyć o tym momencie refleksji nad swoim życiem i zachowaniem. Wczoraj tego własnie doznałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz