niedziela, 7 kwietnia 2013

I know your wife, that she wouldn’t mind

Zastanawiam się od czego są rodzice. Jakie są ich obowiązki, co powinni robić, jacy powinni być. Może to złudne wrażenie, ale od jakiegoś czasu chyba sama siebie wychowuję. Gotuję, sprzątam, zajmuję się domem, psem, dziadkami. Oczywiście zrozumiałe jest, że matka chwilowo niedomaga, ale trwa to już zbyt długo i każdy wie, że jest to na jej życzenie. Każdemu jest dobrze, kiedy podsuwa się wszystko pod nos, wraca się do domu na gotowe. Nic nie trzeba robić, nie trzeba się męczyć i pocić. Pomijając już obowiązki rodzicielskie, które moim zdaniem wykonywane były w moim przypadku tylko przez babcie i dziadka, są też obowiązki domowe. Najnormalniejsze sprawy, życiowe. Również są pomijane. Gdzie ten schemat pani domu i ciężko pracującego na utrzymanie rodziny ojca? Ciągłe sprzeczki, zrzucanie winy na drugą osobę - jak dla mnie to jakaś porażka. Cieszę się, że mam już na tyle lat, że nie przejmuję się tym na tyle, aby nie móc sobie z tym poradzić. Gdybym była młodsza, mógłby być większy problem. 




Chore jest to, że w tym domu każdy robi dla siebie. Dzisiejsza sytuacja to dla mnie gwóźdź do trumny. Jak widać zasady się zmieniły i teraz jestem tutaj tylko i wyłącznie współlokatorką, na takich samych prawach jak matka czy ten skończony idiota. Oni gotują dla siebie - ja gotuję dla siebie, kiedy opuszczą kuchnie. Oni sprzątają? W zasadzie to nie sprzątają, a ja sprzątam tylko u siebie i za sobą, w związku z tym panuje wszędzie istny syf, chyba, że Juleczka weźmie szmatę w rękę i posprząta. Już nawet robię sobie sama zakupy - pasta do zębów jest inna dla mnie i dla nich, jedzenie, napoje, gazety. Choćby miało to być takie same, to i tak ja muszę mieć swoje, a oni swoje. Jakaś paranoja. Nienawidzę ich i potrzebuję psychologa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz