sobota, 9 marca 2013

It's a revolution, I suppose

Nie wiem dlaczego, ale coraz częściej czuję satysfakcję z robienia ludziom na złość. To jest nienormalne, wręcz psychiczne, a mimo pełnej świadomości i tak mi się to podoba. Szczególnie cieszy mnie, kiedy podirytuję kogoś, kto wcześniej zalazł mi za skórę, wykorzystał, wystawił - wtedy czuję się jak w siódmym niebie. Nie mam później wyrzutów sumienia, nie męczy mnie to, że postąpiłam naumyślnie wbrew komuś, wręcz odwrotnie. Jestem ciekawa skąd nachodzi mnie ochota na coś tak głupiego i bezmyślnego.
Generalnie zauważyłam, że z dnia na dzień coraz bardziej skupiam się na samej sobie. Dłużej o tym myślałam i doszłam do wniosku, że może wynikać to z tego, że praktycznie 17 lat nie byłam zobowiązana do życia z kimś, że tak powiem w symbiozie. Przyzwyczaiłam się do tego? A może podświadomie mnie to męczy i właśnie wyżywam się na ludziach, żeby jakoś odreagować i pomóc sobie się z tym pogodzić. Czyżby zazdrość? Po prostu nie zważam na innych. Nie czuję takiej potrzeby, a to jest nowość...Do tej pory byłam w stanie postąpić tak, aby ktoś skorzystał, a ja mogłam ponieść straty. Lubiłam pomagać, doradzać, a teraz? Śmieszy mnie to, co robiłam. Co ciekawe - z jednej strony faktycznie bawi mnie to i uważam, że moje zachowanie i "poświęcenie się" było głupie, a z drugiej...wiem, że robiłam dobrze, jestem dumna z tego, że komuś pomogłam. Nie wiem dlaczego dwie przeciwności się łączą, dziwi mnie, iż dostrzegam ten fakt i zastanawiam się nad tym. Widzę jak się zmieniam i nie wiem z czego to wynika. Może leży to gdzieś głęboko w psychice, może już wcześniej miałam takie skłonności, a wychodzi to z czasem, pod wpływem rożnych dziwnych sytuacji.
Chyba czas zmienić towarzystwo i zacząć wszystko od początku? Żeby nie mieć do nikogo pretensji, nie mieć powodów do "zemsty" ani kłótni. W końcu i tak nie powinnam i nie chcę przywiązywać się do ludzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz